Serwis edukacyjny "Wyborczej" >>>

Z Arturem Lutarewiczem* rozmawia Aleksandra Szyłło

Aleksandra Szyłło: Pamięta pan jakiś symboliczny moment, kiedy przestał pan być dzieckiem, a stał się chłopakiem, prawie mężczyzną? Pierwsza komunia? Jakiś egzamin?

Artur Lutarewicz: Ha! Mogę opowiedzieć. Wychowywałem się bez ojca, rodzice rozstali się, więc do męskiego świata wdrażali mnie starsi bracia i koledzy. Mieszkaliśmy w blokowisku w Białymstoku. Gdy jeździliśmy do babci na wieś, ten męski świat to było noszenie drzewa, węgla, noże, siekiery. Również zabawy nimi. To była ta inicjacja, postrzyżyny, o które pani pyta.

W mieście byłem pokoleniem klucza na szyi. Matka w robocie, a my ganialiśmy jak stado psów. Na szczęście obowiązywała wtedy plemienna kontrola. Każdy dorosły zajmował się wszystkimi dziećmi. Czy to na wsi, czy w mieście, miały na nas oko nie tylko matka, ale też wszystkie sąsiadki. A my? Bywało, że biliśmy się w szkole, były bandy, blok na blok. Rzucaliśmy się kamieniami. Bawiliśmy się na budowach, skakaliśmy na budowie z piętra na zwały piachu. Jeździliśmy rowerami po dachu bloku i patrzyliśmy, kto się zatrzyma najbliżej krawędzi.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej