Podstawówki i gimnazja były w naszym systemie oświatowym rejonizowane. To oznaczało, że przez dziewięć lat (sześć lat podstawówki i trzy lata gimnazjum) dzieci znajdowały się w wymieszanym społecznie środowisku. Syn sprzątaczki mógł siedzieć w gimnazjum w jednej ławce z córką profesora, syn dyrektora banku mógł się kolegować z synem bezrobotnych rodziców.

Reforma PiS skraca ten czas bycia razem do ośmiu lat. To źle, bo jak najdłuższe wspólne przebywanie dzieci z odmiennych środowisk jest ogromną wartością. Pozwala różnym grupom społecznym się widzieć.

To ważne nie tylko dla spójności społecznej, ale też przede wszystkim dla dzieci z tych „lepszych” środowisk. Mirosław Sielatycki, który odpowiada za edukację w warszawskim ratuszu, mówi tak: „Myślicie o swoich dzieciach jako o przyszłej elicie? Świetnie. Trzymam kciuki, żeby się udało. Ale pamiętajcie, że nie można być elitą, nie znając społeczeństwa. Bo jeśli wasz Jaś zostanie prezesem największej polskiej sieci handlowej, to będzie zarządzał zwykłymi ludźmi. Trafi mu się strajk kasjerek, to musi wiedzieć, jak z nimi rozmawiać, żeby rozwiązać konfliktową sytuację. Jeśli z kolei zostanie prezesem gigantycznej firmy spedycyjnej, to musi wiedzieć, jak rozmawiać z kierowcami. A jeśli będzie prezesem banku, to musi rozumieć niezamożnych ludzi biorących chwilówki”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej