Z obu stron słychać pohukiwania: „Żadnego kompromisu!“. Jacek Karnowski wzywa PiS, aby nie negocjował z opozycją i nie cofał się o krok. Na portalu wPolityce.pl tak to uzasadnia: „Tu chodzi nie o jakieś przepychanki, o jakieś marne gierki. Tu chodzi o obronę samej demokracji i samej państwowości. Nie można skapitulować. Jak by nie bolało, jak by było niemiło, nie ma już innej drogi".

Podobne w tonie są wypowiedzi niektórych moich redakcyjnych kolegów. Rafał Zakrzewski w „Wyborczej“ pisze: „Nie kompromisu tu trzeba, lecz po prostu powtórzenia głosowania nad budżetem w Sejmie. Sprzeciw opozycji musi trwać. Chodzi o wartości, o które warto się bić".

Załóżmy, że politycy obu stron posłuchają takich głosów. Czy Karnowski i Zakrzewski zastanowili się, jakie będą konsekwencje? Polska będzie miała dwa Sejmy. Jeden opozycyjny w sali plenarnej, drugi rządowy w Sali Kolumnowej. Nie będzie już żadnego miejsca, gdzie przeciwne obozy mogą się spotykać (nawet jeśli obecnie spotykają się wyłącznie wrogo, to ma to jednak jakąś wartość). Staniemy się pośmiewiskiem Europy, dziwowiskiem, republiką bananową, gdzie możliwe jest istnienie dwóch rządów. Obie strony będą się zajmować udowadnianiem, że to tamtych wina. Po roku czegoś takiego zimna wojna domowa z łatwością przekształci się w wojnę gorącą. Ale za to zachowana zostanie czystość moralna (żadnych kompromisów!), więc zarówno Karnowski, jak i Zakrzewski będą usatysfakcjonowani.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej