Chętnych, by zobaczyć spiskowy film o katastrofie smoleńskiej, było tylu, że trzeba było dostawiać krzesła. A gdy „Smoleńsk” w zeszłym roku pokazywano w Polsce, kina świeciły pustkami.

Można więc śmiało powiedzieć, że w Berlinie film odniósł swój pierwszy sukces. I to wbrew złośliwym niemieckim recenzentom, którzy suflowali, że dzieło Antoniego Krauzego powinno dostać „Oscara za najgorszy film”. Wbrew kinowemu lobby, które dwukrotnie odmówiło polskiemu ambasadorowi w Berlinie prof.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej