Mimo ostrzeżeń płynących z różnych stron, także od polskich biskupów, w Łagiewnikach ogłoszono Akt Przyjęcia Chrystusa jako Króla i Pana. Tym samym Kościół w Polsce znów oddalił się od Ewangelii.

Dobrze rozumiem odczucia wielu Polaków. Ja też miło wspominam śpiewanie od dziecka: „Ze wszystkich świątyń, pól i gór popłynie hymn wspaniały: niech żyje Jezus Chrystus Król, w koronie wiecznej chwały”. Podnosiło nas na duchu. Ale to uleganie tradycyjnym przyzwyczajeniom jest wypaczeniem i osłabianiem naszego chrześcijaństwa.

Przecież intronizacja Jezusa jako Króla i Pana jest niczym innym tylko kultywowaniem odwiecznych obyczajów pogańskich, w których różni Jowisze i Odyny wspierali ludzi, narody i państwa w walce o byt i przewagę. Czasem na odwrót – to władcom przypisywano boskość, aby dodać im chwały i umocnić władzę. Z tych dawnych doświadczeń rozwinął się i wciąż pokutuje cezaropapizm, i to nie tylko w prawosławiu. Religijnie wzmacnia on władzę i jej znaczenie polityczne, ale przesłania też i osłabia istotę dobrej nowiny chrystusowej o naszym dziecięctwie bożym, o braterstwie ludzi, miłości, miłosierdziu i zbawieniu.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej