Kiedy 7 czerwca 1927 roku 19-letni biały emigrant Borys Kowerda zastrzelił w Warszawie ambasadora ZSRR w naszym kraju, zabójcę cara zresztą, Piotra Wojkowa, Polska i Związek Radziecki stanęły na skraju wojny. Na skraju, bo wojna nie groziła.

Moskwa wtedy nie potrzebowała wojny, potrzebowała awantury. Ogłosiła więc zabójstwo na dworcu warszawskim „aktem wojny”. Postawiła w stan gotowości bojowej Chłopsko-Robotniczą Armię Czerwoną. OGPU (tak się wtedy nazywało przyszłe NKWD) urządziło na terenach przed rozbiorami należących do Rzeczpospolitej polowanie na „białopolaków”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej