Kiedy 7 czerwca 1927 roku 19-letni biały emigrant Borys Kowerda zastrzelił w Warszawie ambasadora ZSRR w naszym kraju, zabójcę cara zresztą, Piotra Wojkowa, Polska i Związek Radziecki stanęły na skraju wojny. Na skraju, bo wojna nie groziła.

Moskwa wtedy nie potrzebowała wojny, potrzebowała awantury. Ogłosiła więc zabójstwo na dworcu warszawskim „aktem wojny”. Postawiła w stan gotowości bojowej Chłopsko-Robotniczą Armię Czerwoną. OGPU (tak się wtedy nazywało przyszłe NKWD) urządziło na terenach przed rozbiorami należących do Rzeczpospolitej polowanie na „białopolaków”. I tyle.

Dziś Moskwa na pewno nie potrzebuje konfliktu z Ankarą, nie mówiąc już o wojnie

Turcja wraz z Iranem – dla Rosji sojusznicy czy prawie sojusznicy na frontach syryjskich – powinny się stać także partnerami działającymi wspólnie z partnerami „antyterrorystycznej koalicji”. Na Kremlu marzyli nie o takim aliansie, ale o trwałym układzie z Waszyngtonem. Dzięki niemu można by przeprowadzić „nową Jałtę” i wytargować międzynarodową zgodę na to, że „Krym nasz”, a Ukraina należy do strefy wpływów Rosji.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej