Usłyszeliśmy to wszystko w okolicznościach wielce interesujących, można powiedzieć – historycznie bezprecedensowych.

W piątek Władimir Putin spotykał się z członkami dwóch od razu rad – jednej do spraw kultury i drugiej czuwającej nad czystością języka rosyjskiego. Takie wydarzenia odbywają się zgodnie z wyszlifowanym, wyglansowanym do blasku scenariuszem.

Goście dzielą się z gospodarzem swymi troskami, on obdziela ich swymi łaskami. Tak było zawsze.

Wiele lat temu Stalin zebrał u siebie pisarzy, których uważał za wybitnych, i rozkazał im prosić, o co tylko zechcą. Prosili o mieszkania, samochody, dacze, etaty dla sekretarek. A Siergiej Michałkow, młody poeta, potomek carskich jeszcze dworzan, wydobył z kieszeni czerwony tomik autobiografii Gospodarza, zapewniając, że o niczym tak nie marzy jak o autografie autora w książeczce. Dostał podpis, a potem i mieszkanie, i auto, i daczę, i sekretarkę i tak dalej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej