Wszyscy wkoło czują nową wojnę. Anda Rottenberg poczuła, bo gałęzie jabłoni uginały się jak we wrześniu 1939 r. Papież Franciszek mówi, że już trwa. Były szef MI6 mówi, że jest jak za czasów zimnej wojny. Wszystkie media pokazują wojnę albo sprzęt wojenny (caracale), albo ćwiczenia wojskowe (obrona terytorialna). Rząd Niemiec wezwał niedawno obywateli do robienia zapasów, na wszelki wypadek. Wojna na Ukrainie, wojna w Syrii, wojna, która „hartuje”, wojna w oczach Antoniego Macierewicza.

Kiedyś rozmawiałem z Józefą Hennelową, wieloletnią redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Zapytała mnie, jak myślę: czy będzie nowa wojna? Pomyślałem, że trochę przesadza. Potem jednak wyobraziłem sobie jej perspektywę. Urodziła się kilka lat po I wojnie światowej i wojnie polsko-bolszewickiej. Musiała na ulicach Wilna widzieć kalekich weteranów tych wojen. Gdy miała 14 lat, wybuchła kolejna. Jeszcze większa i dłuższa. Wilno przechodziło z rąk do rąk, aż w końcu musiała z niego wyjechać, zostawiając tam dobytek. Nastał pokój, ale bardzo zbrojny. Wisiała groźba atomowej zagłady, potem co rusz powracało pytanie: wejdą, nie wejdą? Nie weszli, ale może tylko dlatego, że generał sam wyprowadził czołgi na ulice. Stan wojenny, czyli taka mała wojenka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej