Gdy latem 2014 r. Orban ogłaszał zakończenie ery demokracji liberalnej i obwieścił, że jego rząd będzie odtąd wzorował się na takich krajach, jak Singapur, Rosja czy Chiny, wielu komentatorów z niedowierzaniem kiwało głową. A przecież model demokracji nieliberalnej, jaki wprowadził na Węgrzech cztery lata wcześniej, miał się już wtedy w najlepsze. Rozbrajające było jedynie to, że Orban tak otwarcie przyznał, że dalej będzie trzymał w ryzach społeczeństwo, a budżetowe i unijne pieniądze wciąż dzielić zamierza pomiędzy bliskich mu oligarchów.

Mało kto dziś pamięta, że podobny model funkcjonuje po dziś dzień w Bośni i Hercegowinie i że właśnie stamtąd wzięło się pojęcie „demokracji nieliberalnej”. W 1996 r. ukuł je Fareed Zakaria, opisując sytuację polityczną w powojennej Bośni, którą politycy podzielili między siebie jak łup. W demokracji nieliberalnej, pisał Zakaria, wybory są uczciwe i demokratyczne, ale nie funkcjonują niektóre z jej filarów – wolne media, niezawisłe sądownictwo czy np. wolny rynek.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej