Demontaż powojennego ładu rozpoczęła w 1989 r. implozja ZSRR, która wzbudziła nadzieje nieledwie mesjańskie: granice Zachodu przesunęły się o półtora tysiąca kilometrów, z Łaby na Dniestr, i wydawało się, że nic nie zatrzyma ich zwycięskiego marszu do Pacyfiku. Rosja miała po raz pierwszy w dziejach dołączyć do rodziny wolnych narodów. Ale fiasko jej demokratycznej transformacji odepchnęło granice z powrotem na zachód, zaś wojny w Gruzji i na Ukrainie pokazały, że bronić ich trzeba będzie także siłą. Z kolei wojna w Jugosławii wcześnie przypomniała, że samo obalenie komunizmu nie musi zabezpieczać przed przemocą. Wydawało się jednak, że czeka nas ciąg dalszy stabilizacji, tyle że na korzystniejszych dla Zachodu warunkach. Szczególnie zaś skorzystali ci, którzy wywalczyli sobie prawo, by do Zachodu dołączyć.

Ale wybór Trumpa oznacza, że stabilizacji jednak nie będzie. USA doznały implozji równie katastrofalnej, co wcześniej ich rywal. Nie tylko dlatego, że prezydent elekt w sposób nieodwracalny podważył wiarygodność NATO - militarna eskalacja mogłaby zapewne tę wiarygodność przywrócić - ale dlatego, że jego wybór oznacza, że nie można już mówić o Zachodzie jako o wolnym świecie: program Trumpa stanowi zaprzeczenie wartości, które legły u podstaw tej wolności. Nawet jego ewentualna klęska wyborcza za cztery lata już tego nie zmieni.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej