Minister mówi: koniec z masowością kształcenia. I właściwie ma rację. „Ktoś z ledwo co zdaną maturą nie powinien być studentem najlepszych polskich uczelni” – jak najbardziej, „uczelnie nie mogą przyjmować kogo popadnie, kierując się zasadą, że za studentem idą pieniądze” – pełna zgoda.

Idee zmian minister ma szczytne. Tyle że sposób, w jaki chce je urzeczywistnić, doprowadzi do zamknięcia mniejszych uczelni, a większe podporządkuje biznesowi. Do tego mniej zdolni studenci, którzy na najlepsze uczelnie się nie dostaną (a mniejszych już nie będzie), pójdą na uczelnie prywatne, którymi minister jako znany wolnorynkowiec jest zauroczony. Albo w ogóle na studia się nie wybiorą, bo ich nie będzie stać.

Gowin zamierza od 2017 r. zmienić sposób finansowania uczelni. Koniec z zasadą "więcej studentów, więcej pieniędzy". Teraz największe pieniądze uczelnia dostanie, kiedy na jednego wykładowcę będzie przypadać od 11 do 13 studentów. Do tego więcej pieniędzy przypadnie uczelniom z lepszą kadrą akademicką oraz tym, które są dla wykładowcy podstawowym miejscem pracy.

Artyku dost瘼ny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypr鏏uj cyfrow Wyborcz

Nieograniczony dost瘼 do serwis闚 informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazyn闚 Wyborczej