Oficjalnie Ministerstwo Edukacji Narodowej wysyła w świat komunikat: „Nie cofniemy się ani o krok, gimnazja zlikwidujemy zgodnie z planem – od września”. Ale ci, którzy znają realia edukacyjne i legislacyjne, wiedzą, że to niemożliwe. Dlatego stawiam tezę: reforma zostanie opóźniona, a Zalewska ogłosi to jeszcze w październiku.

Dlaczego?

Powód 1. Zalewska traci najwierniejszych sojuszników

Do grona krytykujących Annę Zalewską dołączyło właśnie stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców Tomasza i Karoliny Elbanowskich, o którym mówiono, że jest inspiracją dla „dobrej zmiany” w edukacji. Ruch Elbanowskich ma sporo zastrzeżeń do edukacji przedszkolnej i – co ważniejsze! – do tego, że MEN pozwoli nowym podstawówkom dzielić się na części. Bo ośmioklasowa szkoła podstawowa będzie mogła działać w kilku budynkach. W dużych miastach jedna szkoła może działać np. w dwóch dzielnicach, a w powiatach – w kilku miejscowościach! W jednym budynku mogłyby działać klasy I-IV, w innym – klasy V-VIII. To oznacza dla dzieci zmianę środowiska jeszcze wcześniej niż dotąd. Do szkoły dalej od domu mogą być dowożone nie 13-latki – jak dziś – ale już nawet 10-latki. Dlaczego MEN na to pozwala, choć krytykuje gimnazja? Bo jeśli ich likwidacja ma rozpocząć się już 1 września 2017 r., to nie ma szans, by samorządy mogły przeprowadzić inaczej. Wiele szkół nie ma miejsca na VII i VIII klasę, i nie chodzi tylko o pękające w szwach szkoły w młodych dzielnicach Warszawy, ale również o małe wiejskie podstawówki, gdzie od lat działają przedszkola.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej