Kreml, kiedy w polityce zagranicznej coś mu się nie uda, z reguły stosuje ten sam chwyt – trzaska drzwiami i zaostrza sytuację, próbując wystraszyć partnerów.

Tak było w sierpniu, kiedy Rosjanie ogłosili, że na anektowany przez nich Krym usiłowali się wedrzeć ukraińscy dywersanci. Rzekomo doszło do starć, zginęło dwóch rosyjskich żołnierzy. Świat w tę wersję nie uwierzył, słusznie uznając ją za prowokację nieudolnie zmontowaną przez Moskwę.

A Putin podgrzał atmosferę, ogłaszając, że w rozmowach tzw. czwórki normandzkiej (prezydenci Francji, Rosji, Ukrainy i kanclerz Niemiec) o uregulowaniu kryzysu ukraińskiego nie widzi sensu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej