To nie jest dobry czas dla niezależnych prezydentów w Europie Środkowo-Wschodniej walczących z populizmem.

W wyborach w Bułgarii, które odbędą się za trzy tygodnie, rządząca partia GERB nie dała poparcia obecnemu prezydentowi Rosenowi Plewnelijewowi, który wycofał się z walki o reelekcję. Postawiła na niezbyt znaną przewodniczącą parlamentu Cackę Caczewę. Plewnelijew podpadł, bo krytykował rząd za brak reform i populizm. Szefowi rządu i partii GERB Bojce Borisowowi nie podobało się również jego stanowisko wobec Rosji. Prezydent domagał się bowiem wielokrotnie wydłużenia sankcji wobec Moskwy w odpowiedzi za agresję na Ukrainie – wbrew stanowisku rządu, który próbuje utrzymywać z Rosjanami ciepłe stosunki.

Prawdopodobnie taki los spotka i Janosa Adera, obecnego prezydenta Węgier, którego kadencja kończy się w maju przyszłego roku. Politycy Fideszu mówią coraz częściej, że partia wysunie na jego miejsce innego kandydata. Ader kilkakrotnie zawetował rządowe ustawy. W 2013 r. zrobił to w przypadku nowego prawa, które utrudniało obywatelom dostęp do informacji. W marcu zaś nie pozwolił na utajnienie informacji o finansach Narodowego Banku Węgier i należących do niego fundacji. Prezydent miał wątpliwości, czy nowe prawo nie naruszy zasady przejrzystości wydawania publicznych pieniędzy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej