Duża w tym zasługa rządów – poprzedniego i obecnego, które schowały głowę w piasek i nie przeprowadziły żadnej kampanii informacyjnej w tej sprawie.

Osobiście jestem zwolennikiem podpisania CETA. Uważam, że wobec globalnych wyzwań zachodni świat musi się jednoczyć – także gospodarczo. Nie lekceważę jednak wątpliwości osób, które skutków umowy UE – Kanada się boją. W tej sprawie powinna się odbyć poważna debata publiczna nad plusami i minusami CETA. Niestety, nasi politycy wolą się okładać politycznymi bejsbolami.

To łatwiejsze niż tłumaczenie, czy rzeczywiście żywność modyfikowana genetycznie zaleje nasze rynki (nie zaleje, obowiązują normy jakości poszczególnych krajów), czy nasi rolnicy stracą na konkurencji z farmerami zza oceanu (mogą stracić, ale to również szansa np. dla eksporterów jabłek, które Kanada zaczęła od nas kupować), czy oddajemy kolejny kawałek suwerenności, zgadzając się na arbitraż między UE a wielkimi korporacjami (CETA powołuje specjalny quasi-sąd arbitrażowy, nasza obecna umowa o handlu z Kanadą jest w tej kwestii dla nas mniej korzystna). Tych pytań jest więcej, ale przeciętna Polka i przeciętny Polak nie usłyszą odpowiedzi na nie, za to usłyszą od różnych polityków i organizacji, że CETA jest zła. Zobaczą też protesty na ulicach Warszawy i przelewającą się przez internet falę dyskredytacji umowy UE – Kanada.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej