O szkolnych podręcznikach coś do powiedzenia ma właściwie każdy, kto zetknął się z edukacją. A to są zdecydowanie za drogie, a to kiepskiej jakości. Dla jednych zbyt przeładowane treściami, dla drugich zbyt infantylne. Po tzw. reformie edukacji najczęściej można było usłyszeć: „napisane na kolanie”, bo rzeczywiście ich twórcy mieli ledwie kilka tygodni, by opracować książki dla dzieci, które miały nie iść do gimnazjów.

We wrześniu 2017 r. sieć zasypały zdjęcia od rodziców i nauczycieli, którzy dowodzili, że nowe podręczniki powstały metodą „kopiuj – wklej”.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej