Jeśli w tytule książki pojawia się zima, możemy być pewni, że dotyczyć będzie schyłku. I tak rzeczywiście jest w najnowszej, pierwszej od 16 lat powieści Bernarda MacLaverty’ego, jednego z najwyżej cenionych prozaików irlandzkich. Zajmuje go nie tyle schyłek roku, ile końcowy etap życia: czas domykania spraw, wyciszania pragnień, godzenia się z tym, co było, i rezygnacji z tego, co mogłoby być. Czas, kiedy nic się nie zaczyna, a wszystko zamiera, niezbyt fortunny, a może wręcz ryzykowny jako temat powieści, bo zapowiada spowolnioną i pozbawioną wydarzeń akcję. Można z tego zrobić dobrą, zajmującą literaturę?

Wydaje się, że MacLaverty takie właśnie życie próbuje w swojej prozie odtworzyć. Życie, które się po prostu toczy, w którym opisywane zdarzenia nie układają się w żadną opowieść, jedno nie prowadzi do drugiego, jedno po drugim po prostu następuje. To rzeczywistość trwania, jak u Czechowa czy jego wiernego ucznia Becketta, bez przesilenia, narastania i kulminacji. Trzeba wytrawnego pisarza, żeby z takiej materii wykroić przyciągającą uwagę czytelnika opowieść, a do tego, jak w przypadku tej właśnie książki, poruszyć emocje.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej