W wydanych w 2011 r. „Reporterach bez fikcji” Wojciech Tochman mówił Agnieszce Wójcińskiej, że dzisiaj z powodu wielkiego natłoku informacji o ludzkiej krzywdzie cierpienie coraz bardziej się dewaluuje: „Widzimy krew w telewizji i nic nas to nie obchodzi. Pijemy herbatę, jemy kolację”.

Co może w takiej sytuacji zrobić reporter? Poddać się i zmienić zawód. Lub pisać tak, by czytelnik stracił apetyt: „By go zabolało, by poczuł strach, mróz albo smród. Żeby się ubrudził, porzygał albo popłakał z bezradności. Chciałbym, by czytelnik chociaż na chwilę wszedł w skórę bohatera. Żeby zadrżał i pomyślał: i mnie się to może przydarzyć”.

W „Pianiu kogutów, płaczu psów” Tochman odbiera czytelnikowi apetyt, psuje mu dobre samopoczucie, wpędza go w stan bojaźni i drżenia. Mocne i sugestywne obrazy, krótkie i precyzyjne zdania. Historie jak z horrorów, frazy jak uderzenia. Tak było w przypadku „Jakbyś kamień jadła” (2002) oraz „Dzisiaj narysujemy śmierć” (2010) traktujących o Bośni i Rwandzie. Tak jest i tym razem.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej