Grzegorz Stern "Borderline. Dwanaście podróży do Birmy", Wydawnictwo Czarne, premiera 13 marca

Trzeci kwadrans jechaliśmy na południe szczerbatą asfaltową drogą. Major Thein San nie potrafił usiedzieć na miejscu nawet, gdy prowadził motocykl. Co chwila odwracał się przez ramię i przekrzykując podmuchy wiatru, wtajemniczał mnie w swoje plany. Wybuchał niepohamowanym śmiechem, by przemawiać zaraz suchym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. W pewnym momencie sięgnął do kieszeni spodni po długopis, skinął głową, bym przytrzymał kierownicę, po czym zapisał coś na wewnętrznej stronie dłoni.

Dalekie wzgórza tonęły w chmurach i wyglądały jak obłożone watą. Skręciliśmy w laterytową ścieżkę, zostawiliśmy motocykl i weszliśmy do dżungli. Powietrze zrobiło się lepkie i gęste od śpiewu ptaków. Potrzebowaliśmy piętnastu minut, by dotrzeć do polany, na tyle dużej, by zmieściła chatę na balach, z dachem wyścielanym liśćmi drzewa tekowego. Na gwoździach wisiały ubrania, dookoła walały się tasaki, maczety, gitara. Całości dopełniały moskitiery i buddyjski ołtarzyk z plakatem z Buddą i suchymi kwiatami.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej