Na pierwszy rzut oka był to klocek jak każdy inny klocek biblioteczny. Ponad cztery wieki temu ktoś złożył jeden na drugim kilkanaście XVI-wiecznych druków, zszył je w jedną księgę, przyciął gilotyną (druki miały różne formaty), oprawił we wspólną okładkę.

Badacz inkunabułów i starych druków Michał Spandowski, emerytowany pracownik Biblioteki Narodowej, latem zeszłego roku otworzył ten klocek.

Ustalił, że dziesięć z szesnastu tekstów składających się na ów zbiór to dzieła Filipa Melanchtona, współpracownika Marcina Lutra i współtwórcy wielkiego przewrotu w katolicyzmie, który skończył się powstaniem Kościołów protestanckich. Dzieła te były zapisem uniwersyteckich mów wygłaszanych przy uroczystych okazjach przez profesorów.

Nic nadzwyczajnego – przed 400 laty uczeni mężowie, tak jak dzisiaj, uwielbiali wygłaszać laudacje i ubogacać wszelkie uroczystości swym arcymądrym słowem. Ówcześni wydawcy zaś z chęcią owe wystąpienia drukowali – uniwersytety, jak Europa długa i szeroka, z korporacyjnej lojalności chętnie kupowały takie dziełka kolegów profesorów. Dziś w bibliotekach zacnych europejskich uczelni spoczywa mnóstwo tego rodzaju starych druków.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej