Fabuła „Internatu” Serhija Żadana jest zwodniczo prosta. Brzmi wręcz jak czytanka z podręcznika obcego języka. Oto Pasza. Pasza mieszka na przedmieściach. W centrum miasta jest szkoła z internatem. W tej szkole uczy się Sasza. Sasza to siostrzeniec Paszy. W szkole zaczęły się ferie. Pasza chce zabrać Saszę do domu.

I to właściwie wszystko. Sprawę jednak komplikuje to, że ta wyobrażona czytanka pochodzi z języka ukraińskiego. Bezimienne miasto, w którym dzieje się akcja tej powieści, leży na froncie obecnej wojny. Ten front właśnie ruszył, czego Pasza nie był do końca świadom, bo nie lubi oglądać wiadomości w telewizji. „Szczególnie przez ostatni rok, kiedy wiadomości po prostu przerażają”.

Wyprawa wuja po siostrzeńca trwa więc trzy dni i jest opisana z epickim rozmachem, przypomina najgłośniejsze podróże z literackich arcydzieł. Podróż Dantego przez piekło, wyprawa Marlowa do afrykańskiego serca ciemności, wędrówka ojca i syna przez apokaliptyczne pustkowia w „Drodze” McCarthy’ego - Żadan jest chyba świadom tego, że jego książka będzie do nich porównywana i zręcznie gra z oczekiwaniami czytelnika.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej