Krótkie zdania, krótkie akapity, najkrótsze rozdziały na świecie – żadnego zbędnego słowa. Konkret. I powieści z rzadka przekraczające 200 stron. To jak pisanie haiku w dzisiejszych czasach monstrualnych kobył – ale gdyby wyżąć te kobyły z wody i wyrzucić z nich watę, okaże się, że mają nie więcej treści niż wpis na Twitterze.

Całe szczęście „Opowiadania wszystkie” Vonneguta mają 950 stron, więc zadowolą każdego współczesnego czytelnika. Są tak grube z tego powodu, że te 98 tekstów to naprawdę wszystkie ukończone krótkie formy autora „Rzeźni numer pięć”. Gdyby dołożyć te nieukończone, pozostałe jedynie w szkicach, byłoby tego dwa razy tyle. Gdyby zaś skrócić tę książkę o jedną trzecią, a nawet o połowę, to mielibyśmy do czynienia z arcydziełem. Ale wtedy nie byłyby to „Opowiadania wszystkie”, więc nie ma o czym mówić.

To, że są to „opowiadania wszystkie”, daje możliwość prześledzenia, jak rozwijał się geniusz Vonneguta, a ściślej: w jakiej formie był na początku, zanim amerykański prozaik stał się pisarzem kultowym, którym w przeciwieństwie do wielu innych pisarzy kultowych wciąż pozostaje. Bo geniusz nie musi się objawić już w pierwszych, młodzieńczych tekstach, geniusz może się ujawnić z czasem, kiedy pisarz znajdzie swój styl.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej