Bodaj nikt, przynajmniej w paru ostatnich dekadach, nie wykonał tak znamiennej stylistycznej wolty. Poetyka „Dzikich dzieci” (1995), entuzjastycznie przyjętego debiutu piekielnie utalentowanego siedemnastolatka, tomu idealnego wręcz, by empatyzować z narratorem, który wzruszająco i błyskotliwie opowiada o wchodzeniu w dorosłość, w kolejnych książkach została przez Siwczyka – stopniowo – całkowicie porzucona, choć mógłby za jej sprawą święcić po dziś dzień wiele łatwych triumfów.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej