Znamienne – trzy tygodnie temu Akademia Szwedzka po największej kompromitacji w swych dziejach uznała, że w tym roku nie przyzna Literackiej Nagrody Nobla, wczoraj zaś zmarł Philip Roth, któremu Nobel należał się jak mało komu, ale któremu Akademia za nic Nobla dać nie chciała.

Jasne było, że Amerykanin jest żelaznym kandydatem do nagrody, oczywiste było, że jego potężna spuścizna aż prosi się o najwyższe laury, ale jeszcze bardziej pewne było to, że szwedzcy akademicy nigdy go nie uhonorują, tak jak zaparli się kopytami, żeby przypadkiem nie dać Nobla Salmanowi Rushdiemu.

Jak Philip Roth zszedł z boiska

Jeśli afera noblowska ruszy sumienie akademików, to powinni się też głęboko zamyślić nad swoimi przewinami, wśród których są lekceważenie pisarstwa Rotha i zastępcze fetowanie autorów, którzy najpewniej dostali tę nagrodę wyłącznie z tego powodu, żeby Roth nie mógł dostać. Oczywiście dostał wszystkie możliwe amerykańskie nagrody i medale dla pisarzy, był pomnikowym przykładem twórcy, którego zwie się „żywym klasykiem”, ale to jego pisarstwo przecież jest największą nagrodą – dla nas, czytelników. Wszystkie Noble świata czymże są jak nie doczesnym pocieszeniem, podczas gdy nieśmiertelność dają książki, które się po sobie zostawia.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej