Zanim zabrałem się do lektury ponad 800-stronicowej powieści Paula Austera „4 3 2 1”, spojrzałem na półkę i naliczyłem 15 książek tego autora, z przerażeniem konstatując, że prawie nic z nich nie pamiętam. Teraz z całą pewnością będzie inaczej – „4 3 2 1” nie da się zapomnieć i jestem przekonany, że ta Wielka Powieść Amerykańska będzie mi towarzyszyć przez długi czas.

To najambitniejsze dzieło słynnego mieszkańca Brooklynu. „4 3 2 1” rozmachem, epickością oraz panoramą najnowszych dziejów Stanów Zjednoczonych w istocie wpisuje się w dawny topos Wielkiej Powieści Amerykańskiej, a więc dzieła, które planował każdy ambitny pisarz północnoamerykański, starając się dać obraz przemian społecznych, obyczajowych, wielkiego konfliktu politycznego, a wszystko to być powinno tłem dla opisu życia, kariery, miłości czy też buntu głównego bohatera epopei.

Paul Auster jak Faulkner, Steinbeck, Roth

I tak jest właśnie w przypadku „4 3 2 1” – nie dość, że mamy do czynienia z bezlitośnie grubą powieścią, to nade wszystko losy dojrzewającego chłopaka Archibalda Fergusona rozgrywają się na tle wielkich ruchów tektonicznych drugiej połowy XX w.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej