Na szczęście dla czytelnika James McBride nie napisał książki o Jamesie Brownie. Gdyby mu się udało, byłaby to zapewne niestrawna hagiografia: jej fragmenty przedzierają zresztą przez karty „Załatw publikę i spadaj”. Dowiadujemy się wówczas, że Brown był muzycznym geniuszem (choć tłumaczenie, na czym ten geniusz polegał, sprowadzone zostało do jednego akapitu), że cenił sobie pracowitość (ale nie doceniał swoich pracowników), kochał dzieci (niekoniecznie własne), był lojalny wobec przyjaciół (wszystkich dwóch, a i to na swoich pokręconych warunkach), był hojny (kiedy akurat nie był skąpy, po prostu nie radził sobie z pieniędzmi) i w ogóle był wrażliwym, dobrym, a przy tym samotnym człowiekiem.

Pozostało 84% tekstu
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej