Że książkę czyta się wartko, przekona się każdy, kto weźmie ją do ręki. Mimo że od pierwszych stron wiadomo, że nie doczekamy się happy endu, a nagrodą za parę spędzonych na lekturze wieczorów będzie wiadro łez i wściekłość na głupotę świata.

Autor to Libijczyk, dziecko politycznych uchodźców reżimu Muammara Kaddafiego, a więc wedle obowiązującej dziś terminologii „ciapaty” i „muslim”. Tyle że Matar prócz arabskiego w kilku jego odmianach włada wieloma językami, a dla twórczości literackiej wybrał angielski opanowany tak udatnie, że za pisarstwo zdobywał największe nagrody, od Pulitzera po amerykański PEN Center (właśnie za „Powrót”).

Jest przed pięćdziesiątką, ale to erudyta zaznajomiony z największą literaturą rosyjską: od Turgieniewa (jako dziecię zamożnego rosyjskiego ziemiaństwa Turgieniew winien być zepsutym paniczykiem, tymczasem to on wymyśli termin „nihilizm”) do genialnego polakożercy, analityka zbrodni i najmroczniejszych zakamarków człowieczego serca Dostojewskiego. Wykładowca akademicki, londyńczyk z wyboru, na dodatek tłumaczony na ponad 20 języków.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej