Filip Łobodziński dokonał niemożliwego – spolszczył, i to brawurowo, uznawaną za nieprzekładalną prozę, „Tarantulę” Boba Dylana. Powstała w czasie jego najintensywniejszej działalności w latach 1965-66, gdy był zaledwie 24-latkiem. Porzucona na kilka lat po groźnym wypadku motocyklowym krążyła wśród wtajemniczonych w pirackich wersjach aż do 1971 r., kiedy Dylan zdecydował się ją wreszcie opublikować. Na zawartość mało kto był wówczas przygotowany: książka zapowiadana jako powieść pozbawiona jest fabuły, ale też dającego się łatwo wyłuskać sensu. Składa się z kilkudziesięciu zagadkowych rozdziałów pisanych techniką przypominającą strumień świadomości, każdy z nieco przystępniejszym, satyrycznym epilogiem w formie listu czy notatki.

Prowokacje Dylana

Po latach Dylan wypowiadał się lekceważąco o „Tarantuli”. Mówił, że to bełkotliwe fragmenty naprędce posklejane na żądanie agenta i wydawcy. Nie wierzmy jego słowom. Przeczy im solidna redakcja, jakiej swą prozę poddawał, a także jej bliskie powinowactwo z najlepszymi tekstami jego piosenek, zwłaszcza z „Subterranean Homesick Blues”, który przywołany jest w tytułach dwóch rozdziałów, jakby Dylan podsuwał nam klucz do swojego dzieła. Ten mocny rockowy kawałek pędzący na łeb na szyję otwiera jego piąty, przełomowy krążek „Bringing It All Back Home”. Zaczynając się od słów: „Johnny w suterynie/ destyluje kodeinę/ ja po ulicy błądzę/ myślę o rządzących”, kreśli naznaczony grozą i groteską obraz naszej współczesności, którego przedłużenie znajdziemy w „Tarantuli”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej