Na okładce „Lesbos” Renaty Lis – najstarszy znany wizerunek Safony. Czarna, fiołkowowłosa, niepasująca do starogreckiego ideału piękności idzie przed siebie uśmiechnięta, szarpiąc struny liry.

Kim była? Poetką? Pieśniarką? Heterą – kurtyzaną? Czy miała wokół siebie krąg dziewcząt złączonych kultem Afrodyty? Kochała kobiety? Tak, ale nie tylko kobiety. „Kochała nie czyjąś płeć, ale to, co zachwyt budzi. Czasami również chłopców. Poza tym miała męża i córkę”.

Czy na pewno istniała jako jedna osoba? Kapłanka Afrodyty sama stała się kimś w rodzaju literackiego bóstwa. Jak mówi autorka cytowanej przez Renatę Lis „The Sappho History” Margaret Reynolds, „wiemy, albo uważamy że wiemy, że Safo istniała, ale kiedy wyciągamy rękę w jej kierunku, niczego tam nie ma”.

Dokąd prowadzą księżniczki

Szukając swojej Safony, Renata Lis odnajduje ją w twórczości zafascynowanych nią pisarek. W końcu staje jak przed lustrem i widzi siebie podróżującą na Lesbos, wyspę Safony, jak „wygrzebuje okruchy z jej imieniem z gigantycznego śmietnika (...) podgrzewa je na ogniu fascynacji i o nich pisze”.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej