Na autora wydanego przed dwoma laty tomu prozy „Skoruń” spadł deszcz nagród i wyróżnień. Całkiem zasadnie. W Macieju Płazie, podówczas debiutancie, rozpoznano pisarza wybitnie utalentowanego, wielką nadzieję naszej prozy. Jego druga książka (tym razem powieść) zatytułowana „Robinson w Bolechowie” pozwala nam trwać w zachwycie, ale też nakazuje powiadomić, że twórczość Płazy nie jest z tego świata i na szczyt listy bestsellerów raczej się nie wedrze.

CZYTAJ TAKŻE: Maciej Płaza z Nagrodą Kościelskich 2016. Zwycięski "Skoruń"

Maciej Płaza jako dojrzały modernista

Jeśli nie z tego świata, to z jakiego? Zasadniczo z epoki dojrzałego modernizmu, kiedy rozczytywano się w utworach zwanych z niemiecka Künstlerroman. „Robinson w Bolechowie”, mimo że jest powieścią wielowątkową i synkretyczną, ma swoją problemową dominantę, którą stanowią właśnie rozważania o artyście i sztuce. Dopowiem, że synkretyczną w tym rozumieniu, iż odzywają się tutaj echa innych konwencji (powieść grozy, romans, powieść środowiskowa).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej