Świetlicki jest konsekwentny. Od samego początku, od debiutu w latach 80., tworzy cykl „Polska”. W pierwszym tomie wierszy pisał:

I kiedy czytam gówniane prawicowe pisemko Młoda Polska, i jakoś nie chce mi się śmiać.
I kiedy ta idiotka mówi, że podobają jej się moje wiersze, a jeden szczególnie.
I kiedy Sejm obraduje i słyszę to wszystko przez radio w salonie fryzjerskim
- wydaje im się, że mają swojego poetę.
A ja odczekuję ironiczną, gorzką chwilę, krzywię się
i triumfalnie zaprzeczam.

W „Polsce 5” notował:

Państwo świętuje i świętują państwo.
Obchody i odchody.
Podchody z pochodniami na dnie. 

A w ostatnim tomie, czyli „Polsce dziesięć”

Albowiem trzeba się bać. Twarz ma
przeciętą Wisłą i chlaśniętą Odrą.
Twarz ma w odwiecznym grymasie
jak u rodzącej kamień. Jak u
piszącej esemesa w nieznanym języku.

I jeszcze:

I trzeba się bać. (...) Jest
później niż myślicie.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej