Grecka wieszczka Sybilla wyprosiła od bogów nieśmiertelność. Na swoje nieszczęście. Żyła co prawda tysiąc lat, ale jej ciało kurczyło się i wysychało. Nic więc dziwnego, że kiedy chłopcy dla hecy wsadzili ją do butelki, błagała o śmierć.

Wieczne życie, o ile nie gwarantuje wiecznej młodości, jest przekleństwem. „Ludzi na drzewach”, pierwszą powieść Yanagihary (wyszła w 2013 r., dwa lata przed głośnym „Małym życiem”, u nas ukazuje się dopiero teraz), moglibyśmy nazwać przypowieścią o nieśmiertelności, ale takiej, która nie kusi, lecz emanuje grozą.

CZYTAJ TAKŻE. "Małe życie", wielka sprzedaż. Jak to się stało, że książka Yanagihary sprzedała się w Polsce lepiej niż w USA?

Amerykańska pisarka nie powtarza antycznego mitu, choć i grecka Sybilla, i biblijny Eden wracają tu echem. Sprawnie i przewrotnie wiąże za to opowieść o poszukiwaniu nieśmiertelności z fascynacją dzieciństwem i młodością. Fascynacja ta, i tu autorka ryzykuje najwięcej, przyjmuje kształt niepokojący, by nie powiedzieć – odrażający: pedofilii. Efekt jest taki, że nieśmiertelność jako temat schodzi na dalszy plan przytłoczona ciężarem mrocznej, choć wyrastającej z odwiecznych marzeń skłonności. Z zapowiedzi wydawcy, że w „Ludziach na drzewach” znajdziemy opowieść o poszukiwaniu życia wiecznego, nie zostaje wiele. Autorka dokonuje mistrzowskiej wolty: wraz z bohaterami lądujemy w zupełnie innym piekle. Piekle nauki.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej