Raptem sto stron ubarwionych ilustracjami. Napisał je Samir, 22-latek z syryjskiej Rakki. Dziś przebywa w jednym z obozów uchodźców pod turecką granicą.

To notatki bez przymiotników, może dlatego tak szybko i mocno włączają wyobraźnię. Suche, oszczędne słowo często mówi więcej niż najwykwintniejsze określenia. Niesie worek uczuć, które są złe lub bardzo złe. Jeśli gdzieś pojawia się nadzieja, wygląda jak samotny, ledwie zieleniejący krzaczek na pustyni. Nie ma prawa tam rosnąć i pewnie zaraz zmarnieje, chyba że wydarzy się cud. Lecz w Syrii cudów nie ma.

Życie w Rakce jak spacer w obozie koncentracyjnym

Samir był studentem. Uczestniczył w ludowych manifestacjach przeciwko reżimowi Baszara al-Asada. Był w areszcie, torturowano go, kazano podpisać masę papierów, w tym jedną czystą kartkę. Dzisiaj może być na niej zanotowana dowolna zbrodnia. Ale doczekał też chwili, gdy z Rakki znikły oddziały dyktatora, a miasto było wolne. Chwile mają to do siebie, że trwają krótko.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej