Marek Górlikowski: Skąd myśl, by bohaterem pana nowej powieści uczynić Piotra, w którego losach czytelnik z łatwością rozpozna los Krzysztofa Piesiewicza? Opozycjonista, adwokat, scenarzysta, nagrany w sukience przez szantażystów, został właściwie zepchnięty w przepaść społecznego wykluczenia.

Stefan Chwin: Przeraziło mnie, jak łatwo można w Polsce wykończyć człowieka. Okazało się, że żadna zasługa się nie liczy. Wystarczy jedno uderzenie i człowiek jest unicestwiony do końca. Nie chodziło tylko o uleganie szantażystom czy o narkotyki. Podteksty natury seksualnej, bo przecież to była istota sprawy, mają w Polsce siłę masowego rażenia – w społeczeństwie katolickim te sprawy wzbudzają popłoch. Bohater mojej powieści nie jest jednak Krzysztofem Piesiewiczem. Jest adwokatem, a nie senatorem, który płacił bandziorom za milczenie. W sprawie Piesiewicza zainteresowała mnie tylko jego absolutna bezsilność w obliczu mechanizmów miażdżących jednostkę.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej