Gliński to bez wątpienia najgorszy i najgroźniejszy minister kultury obecnego stulecia, a nawet całej III RP, choć wcześniej bywali ministrowie grzeszący biernością, a pewien minister chciał się umówić na spotkanie z nieżyjącym od lat wybitnym malarzem.

Pierwszy raz jednak od czasów PRL minister kultury ma rangę wicepremiera. Mogłoby to znaczyć, że władza traktuje kulturę poważnie. I rzeczywiście tak jest, tyle że „kultura” to dla PiS przede wszystkim narodowo-katolicka propaganda oraz uświęcony kanon narodowy, który władza traktuje jednak infantylnie i wybiórczo.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej