Andrzej Wajda nigdy nie zerwał z malarstwem. Uprawiał je niejako pokątnie, prywatnie, przez dziesiątki lat zapełniając notesy i szkicowniki tysiącami rysunków i akwarel. Można powiedzieć, że był w tym samym stopniu malarzem, jak i filmowcem.

Dwa albumy sygnowane zamaszystym podpisem Wajdy – „Rysunki” i „To lubię. Inspiracje” – opublikował Antoni Rodowicz, grafik i wydawca, którego Krystyna Zachwatowicz-Wajdowa we wstępie nazywa po prostu „naszym przyjacielem”.

– Kilka lat pracowaliśmy nad tymi albumami – opowiada Rodowicz. – Brakowało tylko ostatniego szlifu. Pan Andrzej był wciąż jak zwykle zajęty, aż wreszcie w czerwcu 2016 r. zadzwonił do mnie i spytał, co robię latem. „Ja już wszystko skończyłem. Możemy zabrać się za albumy”. Skończyliśmy pracę we wrześniu. Jest to więc ostatnia wypowiedź autorska Andrzeja Wajdy.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej