Dziesięć lat temu brytyjski krytyk muzyczny David Stubbs wydał książkę „Fear of Music: Why People Get Rothko But Don't Get Stockhausen”, czyli w wolnym tłumaczeniu: „Lęk przed muzyką: czemu ludzie kumają Rothko, ale nie kumają Stockhausena”. Jego zdaniem ci sami odbiorcy, którzy są skłonni zapłacić niemałe pieniądze za płótno abstrakcjonisty, a nawet życzliwym okiem łypią w kierunku sztuki performatywnej, wzdrygają się na samą myśl o dwóch godzinach spędzonych na koncercie muzyki współczesnej.
Jeśli wybaczyć śmiałej tezie Stubbsa grzech uogólnienia, trudno z nią polemizować. Obrazy Pollocka, o Picassie nie wspominając, nie budzą dziś kontrowersji – są powszechnie podziwiane. Schaeffer (właściwie obaj wielcy kompozytorzy o tym nazwisku: Pierre i Bogusław), Stockhausen, Cage czy nawet Penderecki są może i szanowani, ale czy powszechnie słuchani? To przecież takie trudne, lepiej się nie męczyć.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej