„Alicja miała już dość siedzenia na murawie obok siostrzyczki i nicnierobienia; raz czy dwa zerknęła do książki, którą czytała siostra, ale nie było tam ani obrazków, ani dialogów. A na co komu książka bez obrazków i dialogów?” – tak zaczyna się „Alicja w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla (przeł. Jolanta Kozak). Jeśli więc w pierwszym akapicie współczesnej powieści spotykamy młodą bohaterkę zasypiającą nad książką, bo brakuje w niej dialogów, powinniśmy mieć się na baczności, zwłaszcza jeśli bohaterka ma na imię Alicja. To znak, że ktoś wprowadza nas do świata wyobraźni, oczekując, że na czas lektury zawiesimy nasze przywiązanie do rzeczywistości.

Taką właśnie sceną zaczyna się „Asymetria” Lisy Halliday – w USA jeden z najgłośniejszych debiutów literackich ostatnich lat. Powieść szybko stała się wydawniczą sensacją, m.in. dlatego że młoda autorka opisała w niej swój romans z gigantem amerykańskiej literatury, zmarłym w ubiegłym roku Philipem Rothem. A więc: baśń to czy autobiografia? Kraina Czarów czy Nowy Jork? Roth czy Szalony Kapelusznik?

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej