Niedawno w Muzeum Sztuki Nowoczesnej skończyła się wystawa artystek z całego świata pt. „Kobiety a dyskurs narodowy”, a już otwiera się kolejna przekrojowa międzynarodowa ekspozycja malarstwa kobiet w pawilonie nad Wisłą.

Kobieta nie jest ofiarą

Tytuł wystawy brzmi: „Farba znaczy krew. Kobieta, afekt i pragnienie we współczesnym malarstwie”.

- To przewrotne zapożyczenie z książki Zenona Kruczyńskiego, byłego myśliwego, które nawiązuje do popularnego w żargonie myśliwskim określenia „farba” na krew upolowanego zwierzęcia - mówi kuratorka wystawy Natalia Sielewicz. - Z drugiej strony jest to też odwołanie do płynów fizjologicznych: potu, łez, spermy, krwi miesięcznej. Na tej wystawie jest bardzo dużo medytacji na temat przyjemności i przemocy. Ale kobieta wcale nie jest tu ofiarą przemocy, jest raczej jej sprawczynią.

Na obrazie polskiej artystki Martyny Czech widzimy całującą się parę, ale podczas gdy mężczyzna zamyka oczy i zatapia się w pocałunku, kobiece oko jest otwarte, patrzy na widza, a na tęczówce ma celownik. Nie mogło tu też zabraknąć słynnych makabryczno-groteskowych gwaszy Aleksandry Waliszewskiej czy cielesnych obrazów Magdaleny Moskwy przypominających krwawe rany na skórze. Oprócz tych kluczowych artystek, wśród których są też m.in. Paulina Ołowska, Dana Schutz czy Amelie von Wulffen, na wystawie znalazły się głównie obrazy malarek młodszego pokolenia, urodzonych w latach 90. XX w. Pawilon MSN-u został podzielony na cztery części, dzięki czemu obrazów jest dużo i są powieszone bardzo gęsto, stwarzając wrażenie przeładowania, nadmiaru.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej