18 kwietnia 1944 r. 27-letnia Zuzanna Ginczanka wysyła z krakowskiego więzienia list z prośbą „o „żywność, ocet sabadylowy [przeciw wszom], jabłka, pantofle na podeszwie sznurkowej nr 38”. To ostatni znany nam tekst skreślony ręką poetki. Najprawdopodobniej została rozstrzelana w obozie w Płaszowie 5 maja.

Dość już odkrywania Ginczanki!

Do końca lat 90. znana była głównie literaturoznawcom. Sytuacja zmieniła się na początku tego wieku - mrówcza kilkunastoletnia robota zafascynowanych nią badaczy (na czele z prof. Izoldą Kiec, która w 1994 r. wydała monografię Ginczanki) i artystów zaczyna przynosić efekty. Po antologiach jej wierszy, fachowych publikacjach, niszowych filmach dokumentalnych przychodzi czas na dzieła dla szerszej publiczności (o nich za chwilę). Jesteśmy świadkami narodzin mody na Ginczankę.

- I bardzo dobrze. Od lat słyszę, że odkrywamy Ginczankę. Przestańmy ją w kółko odkrywać! – dr Agata Araszkiewicz, czołowa „ginczankolożka”, na zmianę cieszy się i irytuje. – Niech wróci do nas na dobre i już z nami zostanie. Jej miejsce jest przecież w kanonie polskiej kultury.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej