Paryż. I noc. I Notre-Dame.

I wiatr. Na pustym placu sam

odprawiam modły do Madonny

– pisał Konstanty Ildefons Gałczyński w „Notatkach z nieudanych rekolekcji paryskich” w 1946 roku. Te słowa przypominam sobie niemal za każdym razem, kiedy z lotniska przyjeżdżam na stację Saint-Michel - Notre Dame. Z czeluści metra wychodzę na dziedziniec katedry Marii Panny: jest oślepiająca, królewska, dumna.

Notre Dame - jest czy raczej była?

Ten widok potwierdzał, że znów jestem w Paryżu. Wydawał się wieczny; łączył mnie ze wszystkimi, którzy stali w tym miejscu przede mną. Mogłam pomyśleć o Prouście, który narzucał pelisę na koszulę nocną, aby przez dwie godziny podziwiać portal św. Anny. Zygmunt Freud twierdził, że nie zna budowli równie przejmującej i pełnej powagi.

Henri Matisse przez kilkadziesiąt lat mieszkał przy nabrzeżu Sekwany: Notre Dame była jego stałą modelką. Malował ją impresjonistycznymi plamkami, potem uproszczoną, różowo-błękitną, dobrze osadzoną w geometrii miasta. W końcu, w 1914 roku, zostawił widmowy zarys bryły na styku czarnych linii. Wszystko zalane błękitem, z pojedynczym, jaskrawym drzewem. Ten obraz powstał wiosną 1914 roku: świat stał na skraju przepaści, a Matisse na progu abstrakcji. Notre Dame nie ucierpiała w pierwszej ani drugiej wojnie światowej: jej dzwony rozkołysały się, by uczcić wyzwolenie Paryża w sierpniu 1944 roku.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej