17 lutego minęły trzy lata od śmierci Andrzeja Żuławskiego. A ja w paryskiej księgarni w Dzielnicy Łacińskiej znalazłem właśnie jego ostatnią książkę, o której istnieniu nie miałem pojęcia. Nazywa się „Un testament écrit en français”, czyli „Testament napisany po francusku”.

Wydawca informuje w przedmowie, że Żuławski złożył u niego ten tekst pod koniec roku 2012, jeszcze nim przystąpił do realizacji ostatniego filmu – „Kosmosu” według Gombrowicza. Kilka dni przed śmiercią Żuławski, który zmagał się z nowotworem trzustki, poprosił, żeby „Testament…” wydać.

Żuławski (1940-2016) miał w sobie wielką uwodzicielską moc. Inteligent-erudyta, z zasłużonej dla polskiej kultury rodziny, studiował filozofię na Sorbonie i na Uniwersytecie Warszawskim. Postawny, elegancki, elokwentny. Pamiętam, jak kiedyś z przyjacielem filmowcem nagrywałem wypowiedź Żuławskiego na temat jego „Trzeciej części nocy” (1971). Patrząc na niego i słuchając go – a siedział z nogą założoną na nogę – zauważyłem, że ma małą dziurę w skarpetce. Ta dziurka ucieszyła mnie, bo była jakby „jedyną rysą na jego doskonałej figurze”.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej