Pracuję nad materiałem, który wymaga ode mnie częstych spotkań z ludźmi o trzy dekady ode mnie starszymi. Znajomy, przekazując mi namiary na jednego z nich, ostrzegł mnie życzliwie: „Opowie ci baaaardzo dużo, ale bardzo z jego perspektywy”. Dobrze wiedzieć, co mnie czeka, choć z drugiej strony – czego innego miałbym się spodziewać? Poza tym, co się da zważyć i zmierzyć – datą, temperaturą, odległością z punktu A do punktu B… – obiektywna wersja zdarzeń nie istnieje.

Spotykam się więc z tymi ludźmi, nakłaniam do wspominania wydarzeń pokrytych kurzem lat, dopytuję o szczegóły. Zwykle moi rozmówcy mają dla mnie dużo czasu (przywilej emerytów) i jeszcze więcej dobrej woli. Ten opowiada potoczyście i żywo, tamten zacina się w co drugim zdaniu, ale wszyscy bardzo chcą pomóc. Kłopot w tym, że ile relacji, tyle wariantów prawdy. Nie są to wydarzenia na tyle doniosłe dla naszego narodu, by na bieżąco je dokumentowano w odpowiednich instytucjach, a już na pewno nie w szczegółach, które mnie interesują, więc mam słowo przeciwko słowu. Był tam czy go nie było? Kto podjął tę decyzję? Czym się kierował? Jakie miała skutki?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej