Wszystkie felietony Jarka Szubrychta z cyklu "Wszystko w sam raz" znajdziecie tutaj

Zawsze fascynowała mnie koncepcja chłopca do bicia. Przemyślnie okrutna i absurdalna zarazem. Następcy tronu nie można było wymierzyć klapsa w jego królewskie pośladki, więc za jego grzechy w skórę dostawał specjalnie do tej funkcji oddelegowany rówieśnik. Pewnie i tak był zadowolony, bo lepiej mieć obolały tyłek, a przy tym wikt i opierunek na dworze, niż nie dostawać lania, za to marznąć i przymierać głodem w rynsztoku. Ale czy to aby na pewno sprawiedliwe?

Trudno się oprzeć wrażeniu, że podobnie niewdzięczną rolę odgrywa w naszym życiu kultura. Nad głowami artystów skraplają się polityczne burze, oni muszą bić się w pierś i pokutować za nieswoje grzechy, oni płacą – i dosłownie, i w przenośni – za awantury, których nie tylko nie wywołują, ale nawet nie biorą w nich udziału.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej