Truizmem jest stwierdzenie, że Janusz Głowacki (1938-2017) był znakomitym prozaikiem i dramaturgiem. Równie banalnie brzmi zdanie, że świetnie sprawdził się w polskim kinie, pisząc scenariusze m.in. do „Rejsu” (1970) Marka Piwowskiego, „Trzeba zabić tę miłość” (1972) Janusza Morgensterna czy do „Polowania na muchy” (1969) i „Wałęsy” (2013) Andrzeja Wajdy.

Stan wojenny zastał Głowackiego w Londynie, gdzie wystawiono jego sztukę „Kopciuch” (1979). Znalazłszy się w 1983 r. w Stanach Zjednoczonych, Głowacki marzył, oczywiście, o karierze w Hollywood. Umowa na ekranizację jego „Polowania na karaluchy”, które w 1987 r. wyreżyserował na Broadwayu Arthur Penn, była już nawet podpisana. Niestety, realizacja filmu nie doszła do skutku. Wersji ekranowej nie zyskał też scenariusz, który Głowacki napisał z Emirem Kusturicą. Aż w końcu przyszła „Zimna wojna” (2018) Pawła Pawlikowskiego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej