Zastanawialiście się kiedyś, czy ludzie żyjący w epoce renesansu od razu mieli świadomość, że są świadkami, a może i siłą napędową czasu odrodzenia – i że nazwa ta utrwali się na wieki? Czy wszyscy, którzy u progu XX w. przepowiadali zagładę cywilizacji, czuli się dumnymi reprezentantami dekadentyzmu, czy dopiero następne pokolenia zebrały pod tym szyldem postacie i postawy, których wtedy nie dawało się pogodzić?

Myślałem niedawno o tym, jak nasze prawnuki postrzegać będą czas, który w cywilizacji zachodniej rozpoczął się w pierwszej połowie XXI w. – może z wielkim hukiem, już od zamachu na WTC, może znacznie później, od upadku banku Lehman Brothers, a może gdzieś pomiędzy, kiedy internet trafił pod strzechy. To czas utraty optymizmu, zwątpienia w rozum i społecznych niepokojów.

Podsuwane przez publicystów analogie z międzywojniem, choć uprawnione, nie wyczerpują tematu.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej