Nie wiem, jakie było menu podczas 76. ceremonii rozdania Złotych Globów w nocy z niedzieli na poniedziałek czasu polskiego w hotelu Beverly Hilton w Beverly Hills, ale sądząc po rozstrzygnięciach, serwowano tam głównie alkohole z bąbelkami mocno uderzające do głowy. Wydawało się, że podawane będą przede wszystkim odgrzewane kotlety. Faworyzowane przed ceremonią „Narodziny gwiazdy” Bradleya Coopera to przecież ta sama historia opowiedziana w Hollywoodzie po raz czwarty! Oto skrachowany rockman (tenże Cooper) odkrywa i lansuje nową gwiazdę (Lady Gaga), w której się oczywiście zakochuje, ale sam nie potrafi już uciec od autodestrukcji. Ot, porządnie spreparowana melodramatyczna sztampa. Tyle że można ją świetnie sprzedać, bo poza filmem zarabia się także na płytach z jego ścieżką dźwiękową, zwłaszcza że Lady Gaga dostała właśnie Złoty Glob za pochodzącą z niej piosenkę „Shallow”.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej