Telefon, brat. Mówi, mama sobie nie żyje. Przez chwilę jest nic, a potem jest tąpnięcie. Ale takie bez dźwięku, nieme. Tak nieme, że aż do ucisku skroni.

Nocuję u niej, w szafie teczka na gumkę, listy moje i brata z kolonii. Że morze (zimne), że słońce (gorące), że piasek (miękki), że ale już do domu (bo ciebie nie ma tu).

Rano panika, już czas, żeby wyjść na pogrzeb, a włosy mokre. A na dworze zimno, gdzie ona jest, ta cholerna suszarka? Gdzie ona ją mogła trzymać? Może nie ma? Może nie suszyła włosów, cienkie miała, rzadkie, co tam suszyć. Wychodzę w mokrych, styczeń, mróz, na cmentarz dojdę jako sopel w okularach, wracam. Kuchenka jest na gaz, ale przecież nie nad ogniem, na cmentarz dojdę jako przypalony mop obrotowy w okularach. Szukam dalej, odkurzacz jest, odkurzacz? Czemu nie? Podłączam, kładę się na ziemi po stronie wylotu, powietrze wiadomo, raczej ciepłe i już, po minucie gotowe, i wychodząc suchy i drzwi za sobą zamykając, wiem, że mama dumna byłaby ze mnie jak paw.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej