Kiedy jeszcze byłem zbuntowanym młodzieńcem, miałem długą listę ludzi, którzy – eufemistycznie rzecz ujmując – bardzo mnie irytowali. Nie chodzi o konkretne nazwiska, ale o postawy. W ścisłej czołówce tej osobistej czarnej listy miałem snobów.

Och, jak ja nie lubiłem tych wszystkich pozerów, którzy usilnie próbowali podkreślić (lub poprawić) swoją pozycję społeczną przez chodzenie z „Ulissesem” albo „Dziennikami” Gombrowicza pod pachą, którzy w naszym, na wskroś rockandrollowym, świecie obnosili się z miłością do jazzu, którzy do kina chodzili tylko na europejskie filmy i oglądali każdy Teatr Telewizji, a potem o nim rozprawiali z udawaną egzaltacją.

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Dokładne pochodzenie słowa snob nie jest znane, ale jedna z teorii zakłada, że to skrót od łacińskiego sformułowania „sine nobilitate”, którym na angielskich uniwersytetach określano studentów nieposiadających tytułu szlacheckiego. Marzących o awansie społecznym przez naśladowanie klasy społecznej wyższej niż ta, z której pochodzili.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej