Wakacyjne podróże po pięknej naszej Polsce całej uświadomiły mi, jak bardzo umiłowaliśmy pomniki. Gigantycznych monumentów upamiętniających punkty zwrotne w historii narodu i legendarnych bohaterów więcej pewnie mają na Południu i na Wschodzie – ale mam wrażenie, że bijemy europejskie rekordy w gęstości zapomniczenia.

Mnogość sprzyja różnorodności. Sporo jest więc posągów z epoki słusznie minionej, poświęconych głównie czynom zbrojnym: rewolucjom, powstaniom i zwycięskim bitwom. Na oko więcej – i coraz więcej – monumentów o charakterze wyznaniowym oraz łączących historię i religię w tożsamościowym uścisku. Tu i ówdzie trafiają się literaci, rzadziej inni artyści lub naukowcy, czasem dumni lokalni aktywiści od pokoleń ciepło wspominani przez miejscową społeczność.

Najrzadsze – a szkoda – są pomniki o nieco bardziej fantazyjnym, czy wręcz abstrakcyjnym, charakterze. Na przykład dwumetrowy chrząszcz na rynku w Szczebrzeszynie (który, nie wiedzieć czemu, jest pasikonikiem), wielki glan w Jarocinie, martwa świnia wyłaniająca się z odmętów Wisły w Krakowie lub znajdujący się nieopodal wzruszający pomnik wiernego psa Dżoka, dziewięciometrowy ziemniak na miarę naszych możliwości z Biesiekierza, uśmiech (bez kota) na rondzie w Libiążu, Reksio w Bielsku-Białej (pomniki do obejrzenia w galerii towarzyszącej felietonowi) albo rzeszowska wagi... a nie, sorry, tam też chodziło o czyn zbrojny.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej